MIEJSCE PAMIĘCI I MUZEUM

AUSCHWITZ-BIRKENAU

BYŁY NIEMIECKI NAZISTOWSKI
OBÓZ KONCENTRACYJNY I ZAGŁADY

Auschwitz I blok 28 - wspomnienia

Praca moja od chwili objęcia sali 9 w bloku 28 na oddziale wewnętrznym, poza noszeniem kotłów z jedzeniem, ograniczała się do czynności lekarskich. Prace porządkowe na sali wykonywał sztubowy Olejniczak z pomocnikami, dobranymi spośród chorych. Wszelkie zaś czynności pisarskie, związane z wypełnianiem pod moje dyktando kart szpitalnych oraz z prowadzeniem zawsze aktualnego stanu liczbowego chorych i sporządzaniem wszystkich raportów, wykonywał początkowo mój zastępca dr Tadeusz Jandy. Po jego śmierci robił to specjalnie przydzielony mi Pfleger, znający dobrze język niemiecki. (…) Chorych miałem różnych, mianowicie z bronchitami, zapaleniem płuc i nerek, nieżytami przewodu pokarmowego, a wreszcie z obserwacją stanu gorączkowego, który najczęściej okazywał się durem plamistym. (…)

Pewnego dnia dowiedzieliśmy się w szpitalu, że Niemcy zamierzają przeprowadzić wielką dezynfekcję w całym obozie za pomocą gazowania pomieszczeń na wszystkich blokach. W związku z tym chorzy z naszego szpitala będą na jakiś czas przewiezieni do szpitala w Brzezince. Po dwóch lub trzech dniach przybiegł blokowy i kazał mi przygotować chorych do przeglądu przez Lagerarzta, tzn. poukładać karty chorobowe na łóżkach chorych. Po chwili wszedł nie Lagerarzt, ale jakiś inny lekarz w mundurze oficera SS w towarzystwie dwóch esesmanów i polecił przedstawić sobie kolejno wszystkich chorych. Miałem mu podawać rodzaj choroby każdego chorego i jego zdolności do transportu. W czasie przeglądu zabrał karty chorobowe wszystkich ozdrowieńców, a przy wręczaniu każdej z nich jednemu z esesmanów, zaznaczał że dany więzień zdolny jest do marszu lub transportu. Natomiast karty chorobowe ciężko chorych pozostawił na łóżkach.

Po kilkunastu minutach przybiegł blokowy i oświadczył mi, że wszyscy, których historię choroby zabrał ów lekarz niemiecki, zostali przez niego zakwalifikowani „do gazu” a nie do umieszczenia w szpitalu w Brzezince. Blokowy obiecał ich uratować, podając na wykazie wyselekcjonowanych „do gazu” odpowiednią liczbę numerów spośród ciężko chorych z mojej sali. Mógł to uczynić ponieważ lekarz niemiecki nie zapisał numerów więźniów, a jedynie ogólną ilość i on jako blokowy miał sporządzić wykaz. Po dwóch dniach odjechali do Birkenau, „do gazu”.

Czesław Jaworski (nr 31070)

 

Po pewnej chwili Kwoka wziął mnie na plecy i zaniósł na piętro bloku 28 do sali 15. (…) W sali tej leżeli wyłącznie chorzy w ciężkim stanie choroby głodowej. (…) Leczenia żadnego nie przeprowadzano, bo podanie kilku tabletek węgla na dzień bez większego odżywiania trudno nazwać leczeniem choroby głodowej. (…) Mimo że nie prowadzono leczenia przyczynowego, to względny spokój, ciepło i leżenie dawało u młodych szybką poprawę. Natomiast starsi wymierali wszyscy. W czasie mego miesięcznego pobytu w tej sali zmarło około 150 chorych. (…)

Ciężko chorzy leżeli tu na dolnych kondygnacjach łóżek (na parterze), mocniejsi zaś na pierwszym i drugim piętrze. Ci, co mogli poruszać się sami, kilkadziesiąt razy na dobę złazili ze swoich legowisk i upuszczając nieco po łydkach i po drodze z trudem dobiegali do kibli, które ustawione były między łóżkami. Były one zrobione ze starych metalowych puszek po niemieckiej marmoladzie. (…)

W miarę jak choroba rozwijała się bardziej, co było regułą u starszych, dostępowali oni zaszczytu leżenia na parterze. Ci na dolnych łóżkach nie musieli wstawać i wysiadywać na wyszczerbionych kiblach. Wolno im było robić pod siebie. Oczywiście nikt ich nie podnosił i nie oczyszczał. Przywilej leżenia na parterze był przygotowaniem do ostatniego etapu ludzkiej drogi. Tym etapem była przejażdżka na drabiniastym wozie do komina.

Opiekunem, doradcą, pielęgniarzem i salowym był stary chłop spod Sanoka Stanisław Ryniak. Ryniak szorował ciągle zapaskudzoną podłogę. Ryniak wynosił kible, Ryniak rozdawał chorym jedzenie, Ryniak spełniając chrześcijańską powinność odprowadzał każde zwłoki do drzwi sali. (…)

Lekarzem tej sali był Edward Nowak. Był to chłop tak dobry, jak bezradny. Siedział stale za stołem i opisywał w historii chorób kształt stolców, ich konsystencję, częstość oddawania oraz czy towarzyszył im śluz, czy też nie. Według przepisu lekarza SS musiał opisać także nastrój psychiczny chorego, który bez przerwy, dniem i nocą, chodził od łóżka do kibla i z powrotem. Historie przez niego pisane kończyły się najważniejszą notatką o dniu, godzinie i przyczynie zgonu, który Niemcy kazali nazywać „Durchfall” (biegunka), zamiast po prostu i uczciwie „Hungertod” (śmierć z głodu). W chwilach wolnych od swych kronikarskich czynności odwiedzał po kolei chorych i serdecznie wypytywał o dolegliwości. Dowiadywał się od wszystkich tego samego. Każdy był głodny i chciał jeść. Każdego bolał zadek od biegunki i od szczerbatego kibla.

Władysław Fejkiel (nr 5647)

 

Faktycznie chorych na choroby wewnętrzne, w ścisłym tego słowa znaczeniu było mało, bo jeśli ktoś cierpiał np. na niewydolność krążenia, to zazwyczaj dobijano go w pracy lub ginął w bloku, zaś inne schorzenia wewnętrzne, nie dające wysokiej gorączki, nie były przez lekarza SS uznawane za choroby. Przeważnie więc na tym oddziale leżeli chorzy wyczerpani głodem z biegunkami i obrzękami. (…) Chorych zasadniczo nie leczono. Nie było ku temu środków i nie było na to czasu. Uwaga lekarzy i pielęgniarzy była raczej skupiona na prowadzeniu żmudnej ewidencji, utrzymywaniu porządku oraz prowadzeniu wyjątkowo dokładnej, jak na ówczesne warunki, dokumentacji chorób. Historia choroby musiała być prowadzona na bieżąco, co kilka dni należało wpisywać uwagi lekarzy dotyczące przebiegu choroby oraz wyniki badań laboratoryjnych, które z powodu trudności technicznych nie zawsze były wykonywane. Musiała też być zarejestrowana każda tabletka podanego, względnie zalecanego leku. Porządki na oddziale, stałe wietrzenie, mycie podłóg przy pomocy chlorku (…) oraz sporządzanie uciążliwej dokumentacji chorych były jedną z wielu szykan stosowanych przez władze SS w stosunku do personelu lekarsko-pielęgniarskiego.

Władysław Fejkiel (nr 5647)

 

W nocy miałem przez 2-3 godziny pełnić wartę (Nachtwache) na sali tyfusowej. Nieraz chory zrywał się ze snu z krzykiem i biegł przed siebie między pryczami, kalecząc sobie głowę. Inny znowu chciał wychodzić oknem, aby rzucić się na druty. Trzeba było za nim biec, złapać go i zaprowadzić z powrotem na pryczę. Niekiedy chory w gorączce meldował się u dowódców i wymieniał swe konspiracyjne nazwisko lub pseudonim. Inny majaczył głośno o swojej miłości do żony, a jeszcze inny płakał, bo zdradził żonę i teraz w tyfusowej malignie wyznawał swój grzech niczym na spowiedzi. Niektórzy głośno się modlili. Czasem ktoś przeraźliwie zawrzeszczał, podnosił się na pryczy i… konał. (…) Chorzy w gorączce tyfusowej mieli ogromne pragnienie, trzeba było im podać wodę lub namiastkę obozowej herbaty. Tym którzy nie mogli się poruszać trzeba było przynosić i wynosić baseny z odchodami. Czasem trzeba było podać rękę konającemu więźniowi, bo jęczał i prosił o to. (…) Z ulgą przekazywałem Nachtwache kolejnemu dyżurnemu-ozdrowieńcowi…

Tadeusz Sobolewicz (nr 23053)