MIEJSCE PAMIĘCI I MUZEUM

AUSCHWITZ-BIRKENAU

BYŁY NIEMIECKI NAZISTOWSKI
OBÓZ KONCENTRACYJNY I ZAGŁADY

Aktualności

70. rocznica buntu Sonderkommando

ps
08-10-2014

Przy ruinach komory gazowej i krematorium IV na terenie byłego obozu Auschwitz II-Birkenau 7 października upamiętniono 70. rocznicę buntu więźniów Sonderkommando. Była to grupa robocza, złożona głównie z więźniów żydowskich, których Niemcy zmusili do obsługi komór gazowych, stosów spaleniskowych i krematoriów.

— Pod koniec lata 1944 r., gdy zmniejszała się liczba transportów Żydów kierowanych na zagładę do Auschwitz, esesmani postanowili stopniowo zredukować liczbę więźniów Sonderkommanda. We wrześniu zamordowali około 200 z nich. Pozostali zdawali sobie sprawę z rosnącego zagrożenia i dlatego zaczęli planować bunt. 7 października, kiedy esesmani przyszli zabrać więźniów z terenu krematorium IV, zostali zaatakowani przez więźniów uzbrojonych w młotki i siekiery — powiedział dr Igor Bartosik z Centrum Badań Muzeum Auschwitz, autor nowej publikacji Bunt Sonderkommando, w której zrekonstruował dokładny przebieg buntu.

— W trakcie nierównej walki więźniowie zdołali podpalić budynek krematorium, wkrótce potem akcję podjęli także ich koledzy z krematorium II. Przecięli oni druty ogrodzenia i zaczęli uciekać w kierunku południowym. Podczas walki użyli prymitywnych granatów, do wykonania których użyli materiału wybuchowego zdobytego z narażeniem życia od więźniarek pracujących przy montażu zapalników i pocisków w pobliskich zakładach Union. Uciekinierzy zostali jednak zabici przez oddziały pościgowe SS. W wyniku buntu i egzekucji, jakich dokonali w tym dniu esesmani zginęło ok. 450 z 660 więźniów tego komanda. Więźniom udało się zabić trzech i zranić kilkunastu uzbrojonych esesmanów — dodał Bartosik.

W miejscu, gdzie rozpoczął się bunt więźniów złożono znicze, odmówiono Kadisz, a także odczytano fragmenty relacji i rękopisów więźniów Sonderkommando. Odręczne notatki sporządzone przez kilku więźniów jeszcze w czasie istnienia obozu, zostały po wojnie odnalezione i opublikowane. To jedne z najważniejszych dokumentów dotyczących Zagłady w Auschwitz.

Jednym z autorów był Załmen Gradowski, polski Żyd, współorganizator konspiracji w Sonderkommando i jeden z organizatorów buntu. Przypuszczalnie zginął tego samego dnia w trakcie walki lub został zastrzelony przez SS w ramach represji tuż po stłumieniu buntu. Gradowski opisywał w emocjonalnej i pełnej wewnętrznych refleksji formie, ważniejsze wydarzenia mające miejsce na terenie krematoriów. Dotyczą one m.in. transportu jego rodziny do Auschwitz, zagłady Żydów z obozu familijnego w Birkenau BIIb oraz selekcji wśród więźniów Sonderkommando, która miała miejsce w lutym 1944 r.

W jego zapiskach znalazło się zdanie, które wybrane jako jeden z pięciu cytatów — świadectw na 70. rocznicę wyzwolenia Auschwitz 27 stycznia 2015 r. — „Mamy straszne przeczucie, gdyż wiemy”.

— Historia więźniów Sonderkommando należy bez wątpienia do najciemniejszych rozdziałów w dziejach obozu Auschwitz. Sprawcy bowiem postanowili z premedytacją wykorzystać ofiary do obsługi urządzeń zagłady. Dlatego fakt, iż ryzykowali oni życiem, aby udokumentować zbrodnie, aby przekazać kolejnym pokoleniom to, co miało miejsce za ogrodzeniami komór gazowych i krematoriów, jest przejawem dalekowzroczności, rozeznania swojej sytuacji oraz ogromnej odwagi — powiedział dyrektor Muzeum dr Piotr M.A. Cywiński.

— To zdanie Załmena Gradowskiego powinno w nas także i dziś budzić trwogę. Wiemy bardzo dużo, o wiele więcej, niż wiedziano w 1944 r. Tym bardziej obciąża nas ciężka odpowiedzialność za naszą dzisiejszą niezdolność do konkretnego przeciwstawiania się złu. — dodał dyrektor.

Przed ceremonią upamiętniającą rocznicę odbyła się również sesja edukacyjna poświęcona historii buntu w Sonderkommando przygotowana przez Międzynarodowe Centrum Edukacji o Auschwitz i Holokauście. Z okazji rocznicy Muzeum przygotowało również wystawę czasową "70. rocznica buntu Sonderkommando". Można ją zwiedzać w salach wystaw czasowych bloku 12 na terenie Auschwitz I do 17 listopada w godz. od 10.00 do 16.00 (z wyjątkiem poniedziałków oraz 1 i 11 listopada).

Więcej:
• Shlomo Venezia. Sonderkommando. W piekle komór gazowych. 
• Ja z krematorium Auschwitz. Rozmowa z Henrykiem Mandelbaumem 
• Igor Bartosik, Łukasz Martyniak, Piotr Setkiewicz. Początki Zagłady Żydów w KL Auschwitz w świetle dokumentów...
• Głosy Pamięci 6. Krematoria i komory gazowe Auschwitz
• Gideon Greif. Płakaliśmy bez łez...
• Igor Bartosik. Bunt Sonderkommando

Henryk Mandelbaum, były więzień Sonderkommando

Pierwszy dzień pracy w krematorium był dla mnie potwornym przeżyciem, którego nie jestem w stanie przedstawić ani opisać. (…) Krematorium położone w lesie ogrodzono dodatkowym płotem, zamaskowanym gałęziami. Na placu przy krematorium znajdowały się także ławki i stoły. Na ławkach tych odpoczywali ludzie doprowadzani pod krematoria z nowych transportów. Oczywiście tak postępowano wówczas, gdy komory gazowe były zajęte i nie można było całego tłumu natychmiast wprowadzić do komory gazowej. (…) Pracowałem także przy spalaniu zwłok. Pamiętam, że początkowo w krematoriach położnych w lesie stosowano lory do przewożenia zwłok na stosy paleniskowe. Zrezygnowano jednak z tego sposobu transportu, gdyż zabierał zbyt dużo czasu na załadunek i rozładunek. Zaniechano tego, a więźniowie z Sonderkommanda od tej pory ciągnęli trupy po ziemi za ręce. (…) Pracowałem we wszystkich krematoriach, zarówno tych położonych w lesie, jak również w tych, które znajdowały się od strony obozu kobiecego. Rozbieralnia i komora gazowa znajdowały się pod ziemią. Gdy przychodził transport, ludzi sprowadzano schodkami do pierwszej Sali, czyli do rozbieralni. Ludzie rozbierali się, później wchodzili do drugiego pomieszczenia. Szły najczęściej całe rodziny: rodzice prowadzili za ręce dzieci, zabierając ze sobą także to, co potrzebne było do kąpieli. Naturalnie nikt im tego nie wydawał. Mydło i ręczniki brali ci, którzy je mieli ze sobą. Ludzie zabierali także ze sobą kosztowności – jeśli je oczywiście mieli w bagażach. Wewnątrz komory gazowej znajdowały się pod sufitem imitacje natrysków oraz wrzutnie do gazu.

Kiedy przychodził transport z ludźmi, SS-mani uspakajali wysiadających mówiąc, że tutaj na miejscu dostaną pracę. Uprzedzali nowo przybyłych, że chwilowo zostaną rozdzieleni, bo każdy z nich musi się wykąpać, zmienić bieliznę. Ludzie wierzyli – częstokroć byli tak umęczeni długotrwałą jazdą, że chcieli tylko za wszelką cenę wypocząć, a więc szli tam, gdzie ich prowadzono. Wiem to z własnego doświadczenia, jakkolwiek nie jechałem przecież długo. Pierwsze zetknięcie się z obozem, jakkolwiek mnie szokowało, to w każdym razie nie przerażało: przy barakach na kwarantannie widziałem wazoniki z kwiatkami, w barakach zaś widniały różne napisy nawołujące do utrzymania czystości. Takie samo wrażenie odnosili nowo przybyli. Gdy znajdowali się już nadmiernie stłoczeni w komorze gazowej, gdy zaczynali coś podejrzewać – było za późno na samoobronę i walkę.
Ludzie wchodzący do środka [komory gazowej] najczęściej nie zdawali sobie sprawy z tego, co ich czeka. Czasami dawał słyszeć się krzyk i nawoływania. Wszystko to jednak nie miało żadnego znaczenia, przecież nikogo z komory już nie wypuszczano. Gdy ktoś usiłował się siłą wydostać, SS-mani wpędzali go do środka przy użyciu kijów. Nadzorujący nas SS-mani wyróżniali się szczególną brutalnością.
Jeśli chodzi o nas, więźniów pracujących w krematoriach, nie mogliśmy się pogodzić ze swoją sytuacją. W 1944 roku postanowiliśmy zorganizować powstanie, które miało także objąć cały obóz.
Kiedy komando wyszło do pracy, jeden z naszych podbiegł do budynku krematorium i podpalił sienniki, prycze i drewnianą konstrukcję. Kiedy komando w „dwójce” zobaczyło dym, zaczęli bunt u siebie. Esesmani nie wiedzieli na początku, co się szykuje, a kiedy już zrozumieli, nie bardzo wiedzieli, co z nami zrobić. W obozie było wówczas 30-40 tysięcy ludzi, więc bali się, że bunt się rozprzestrzeni. Bunt był uzgadniany wśród więźniów, którzy już przed wojną mieli do czynienia z konspiracją. Wiedziałem tylko, że będzie podpalone krematorium, o tym, co będzie dalej, chyba nikt nie wiedział. Zresztą w ogóle chyba taki był zamysł, żeby najpierw podpalić, a później patrzeć, jak się dalej rozwinie sytuacja.
Wiem, że robiliśmy granaty, w obozie była też broń, niestety na ten temat nie potrafię podać bliższych szczegółów. W dniu kiedy wybuchło powstanie w Sonderkommando, pracowałem w krematorium położonym najdalej w kierunku północnym. Z sąsiedniego krematorium, położonego naprzeciwko, SS-mani mieli zabrać więźniów rzekomo do innego obozu. To było bezpośrednim powodem wybuchu powstania i podpalenia. Słyszałem, że w krematorium, które zostało podpalone, więźniowie z Sonderkommanda włożyli do pieca kapo narodowości niemieckiej. Był to podobno zdrajca, ten, który uprzedził SS-manów o zamierzonym powstaniu. Tak przynajmniej słyszałem, lecz nie byłem naocznym świadkiem tego wydarzenia.
Powracając jeszcze do wydarzeń związanych z powstaniem, przypominam sobie, że kiedy nas zabrano na plac przed krematorium, przemawiał do nas komendant obozu Höss. Pytał się, czy zdajemy sobie sprawę z tego, co zrobiliśmy. Groził, że poniesiemy za to konsekwencje. Po skończeniu przemówienia kazano się nam położyć twarzą do ziemi i wówczas zaczęto rozstrzeliwać co trzeciego.

Shlomo Venezia, były więzień Sonderkommando

Byłem za młody i zbyt krótko przebywałem jeszcze w obozie, żeby wtajemniczono mnie w te przygotowania. Dowiedziałem się o buncie dopiero w ostatniej chwili, jak większość ludzi z Sonderkommanda. Niczego się nie domyślałem. Trzymanie wszystkiego w ścisłej tajemnicy to była konieczność, bo któryś z nas, słabszy psychicznie, mógł donieść Niemcom o buncie, mając nadzieję, że ocali własną skórę. Wtajemniczeni działali bardzo dyskretnie, a kapo ufali tylko ludziom doświadczonym. Zaledwie dwa dni przed wybuchem buntu stało się oczywiste, że coś się szykuje. Ale nikt nie śmiał otwarcie o tym mówić. Coś wisiało w powietrzu. (…)
Najważniejsza część buntu miała się rozegrać w krematorium II. Codziennie około osiemnastej wartownicy SS przechodzili obok bramy krematorium II w drodze na stanowiska w zamkniętych wieżach, gdzie spędzali całą noc. Szli spokojnie, bez pośpiechu, z karabinami na ramieniu. Czasem słyszeliśmy, jak dowcipkują. Plan zakładał, że gdy żołnierze znajdą się przy bramie, ludzie z Sonderkommanda otworzą bramy i rzucą się na nich, żeby ich zabić i zdobyć broń. To będzie sygnał do wszczęcia buntu w pozostałych krematoriach. Wszystko zostało szczegółowo zaplanowane. (…) Moim zdaniem Sonderkommando wznieciło rewoltę właśnie tego dnia, ponieważ stało się oczywiste, że przybywają ostatnie transporty z Węgier i wkrótce nie będzie już nikogo do zagazowania. Wtedy przyjdzie kolej na nas. Trzeba było rzucić wszystko na jedną szalę. Choć nadzieja była słaba, wszyscy mieliśmy przekonanie, że lepiej działać i zginąć, niż umrzeć, nie podjąwszy nawet próby buntu. (…)
Mieliśmy nie tyle nadzieję na przeżycie, ile na zrobienie czegoś, co nas poderwie i położy kres tamtej sytuacji. Było jasne, że część z nas przypłaci to życiem, jednak choćby przyszło umrzeć, trzeba było się poderwać do jakiegoś działania. Nikt się nie zastanawiał, czy mamy szansę, ważny był sam bunt! (…)
Od tamtego dnia krematorium III nie było już wykorzystywane, a wkrótce po buncie zaczęto je wyburzać. Krematorium IV nie nadawało się do użytku, bo tamtejsza grupa Sonderkommanda zdołała je wysadzić, kiedy wybuchł bunt. Był początek października i tylko krematorium II nadal pracowało, ale też nie w takim rytmie, jak wcześniej. Transporty przyjeżdżały coraz rzadziej.

Załmen Lewental, były więzień Sonderkommando

W sobotę rano 7 października 1944 roku dowiedzieliśmy się, że w południe ma odejść transport tych 300 ludzi z krematorium IV-V. Po raz ostatni umocniliśmy nasze pozycje i (…) dokładnie poinformowaliśmy ludzi będących z nami w kontakcie, jak się mają zachowywać w różnych okolicznościach. Kiedy nadeszła godzina 1.25 w południe i przyszli [esesmani], by zabrać tych trzystu ludzi, to okazali oni ogromną odwagę, nie chcą ruszyć się [z miejsca]. Podnieśli głośny krzyk, rzucili się na wartowników z młotami i siekierami, niektórych z nich zranili, pozostali bili czym mogli, po prostu obrzucali ich kamieniami. Łatwo sobie wyobrazić, jakie były tego następstwa. Nie upłynęło kilka chwil, jak nadjechał cały oddział esesmanów uzbrojonych w karabiny maszynowe i granaty. Było ich tak wielu, że na każdego więźnia przypadało nie mniej jak dwa karabiny maszynowe. Aż taką armię zmobilizowano przeciwko nim. Nasi widząc, że są zgubieni, chcieli w ostatniej chwili podpalić krematorium IV i zginąć w walce, paść pod gradem kul na miejscu. I w ten sposób całe krematorium poszło z dymem. Nasze komando z krematorium II-III, widząc z daleka płomienie i słysząc doniosłą strzelaninę, było przekonane, że z tamtego komanda nikt nie pozostał żywy […] Zarazem stało się dla nas jasne, że ludzie będący z nami w kontakcie są razem z nimi i że mogą się posłużyć bronią, którą posiadali. Byłoby to wielką zdradą wobec nas, wskazywałoby to bowiem, że i my posiadamy trochę broni. Postanowiliśmy jednak, że nie będziemy przedwcześnie reagować, gdyż byłaby to zwykła awantura, a na to zawsze mieliśmy czas, nawet w ostatniej chwili. Bez przygotowania, bez pomocy więźniów z całego obozu, a przy tym robiąc to w jasny dzień, trudno było nawet przypuszczać, że komukolwiek, choćby jednemu, uda się uratować. Dlatego musieliśmy czekać, być może przeciągnie się to aż do wieczora, a wtedy, jeśli uznamy to za pilne, dokonamy tego wieczorem. Rosjan którzy byli razem z nami, nie łatwo było powstrzymać, ponieważ i oni byli przekonani, że zaraz zabiorą ich do transportu. Skoro tam wszyscy [giną] w boju, (…) sądzili, że i dla nich nadszedł już ostateczny termin, tym bardziej, że spostrzegli z daleka, że zbliża się do nas grupa uzbrojonych esesmanów. Przybyli oni do nas ze względów bezpieczeństwa, lecz Rosjanie sądzili, że przychodzą, właśnie by ich zabrać. I w tej ostatniej chwili nie można było ich powstrzymać. Rzucili się na ober kapo, Reichsdeutscha, i błyskawicznie wrzucili go żywcem do płonącego pieca. Solennie sobie na to zasłużył, może nawet za lekka była dla niego ta śmierć. Rosjanie kontynuowali swoje dzieło. Nasi towarzysze z krematorium II widząc, że zostali postawieni wobec dokonanego faktu, [i zdając sobie sprawę] że nie można się już wycofać, szybko zorientowali się w sytuacji i próbowali wciągnąć szefów [esesmanów], którzy znajdowali się na zewnątrz. Lecz ci czuli się już zagrożeni i nie dali się zwieść. Nie mogą dłużej czekać, gdyż decydowała każda minuta, a to dlatego, że zbliżali się już uzbrojeni wartownicy, zaczęli szybko rozdzielać między siebie wszystko, co mieli przygotowane na tę ostatnią chwilę; przecięli druty i wszyscy uciekli za linię posterunków. Dali przy tym dowody wielkiego poczucia odpowiedzialności i oddania. W tych ostatnich minutach, kiedy każda sekunda decydowała o ich życiu, któremu zagrażali ścigający ich strażnicy, to mimo to zatrzymali się na chwilę, by wykonać swe ostatnie zadanie: przeciąć druty sąsiedniego obozu kobiecego i w ten sposób umożliwić kobietom ucieczkę. Niestety, niewiele mogli zdziałać. Udało im się odbiec kilka kilometrów od obozu. Zostali jednak otoczeni przez inne posterunki, które zostały telefonicznie zawezwane z sąsiednich obozów. Niestety wszyscy zostali zastrzeleni w czasie ucieczki. Niektórym z nich udało się wykorzystać »materiał«, który mieli przy sobie, dzięki czemu udało im się uciec tak daleko. Lecz siły wroga były dostatecznie duże. Jak można było przewidzieć [esesmani], niestety okrążyli naszych bohaterskich braci, z daleka zastrzelili ich z karabinów maszynowych.

Henryk Mandelbaum, były więzień Sonderkommando

Po buncie Sonderkommanda część z nas ocalała, lecz ilu – nie pamiętam. Zatrudniono nas przy wierceniu otworów na ładunki wybuchowe w krematoriach położonych przy obozowej rampie. W styczniu 1945 roku pozostałych przy życiu więźniów z Sonderkommanda przeniesiono z dotychczas zajmowanego baraku (…) do jakiegoś innego odcinka, lecz nie pamiętam już gdzie to było. Nie wiedzieliśmy co o tym myśleć. Jedni z nas radzili, aby się ratować (…) Inni proponowali czekać. Tak dotrwaliśmy do końcowej ewakuacji obozu oświęcimskiego w styczniu 1945 roku.
Kiedy byłem już na wolności, kiedy chodziłem po ulicach, czasami wydawało mi się to zupełnie nierealne. Nie mogłem uwierzyć, że jestem wolny, że przeżyłem. W snach powracały przeżycia, których doznałem podczas pobytu w Sonderkommando. A były to przecież przeżycia tak potworne, że trudno je opisać i przekazać. Czy można wyobrazić sobie niesamowitą scenerię pracy przy stosach w nocy? Blask od palących się stosów był tak silny, że swobodnie można było czytać gazetę. Z kominów krematoryjnych buchały płomienie na wysokość kilku metrów. Obrazy te kojarzyły się z wyobrażeniem piekła. Dyskutowaliśmy między sobą. Nawet mocno wierzący tracili wiarę w istnienie Boga. Kiedy nadchodził transport, każdy uciekał gdzie mógł. Ja i chyba każdy z nas nie chciał patrzyć się na nowo przybyłych. Bałem się, że może kiedyś w tłumie idących do komory gazowej, spotkam kogoś ze znajomych.

 

70. rocznica buntu Sonderkommando. Fot. Bartosz Bartyzel
70. rocznica buntu...
Bunt Sonderkommando. Okładka publikacji.
Bunt...
70. rocznica buntu Sonderkommando. Fot. Bartosz Bartyzel
70. rocznica buntu...
70. rocznica buntu Sonderkommando. Fot. Bartosz Bartyzel
70. rocznica buntu...
70. rocznica buntu Sonderkommando. Sesja edukacyjna. Fot. Bartosz Bartyzel
70. rocznica buntu...